czwartek, 29 września 2011

W świecie 'jednorożców'


Zagrajmy w pewną grę myślową:

Wiemy, co to jest jednorożec. Znamy to stworzenie, gdyż widzieliśmy liczne rysunki, może animacje, wyobrażaliśmy sobie jego wygląd i nie pomylimy się, kiedy spotkamy jednorożca. Załóżmy, że jesteśmy przekonani o jego istnieniu, że nie mamy z tym najmniejszego problemu. Dla pewności: jesteśmy członkiem dużej grupy ludzkiej, dla której istnienie jednorożców ma ogromne znaczenie. Podtrzymuje ich wiarę w dobrą magię, w potężną Panią Jezior, która dba o ich plony i chroni przed niebezpiecznymi barbarzyńcami. Dowiadujemy się, że w pobliskiej puszczy mały chłopiec widział jednorożca. Wyruszamy na wyprawę, wyznaczeni przez starszyznę, jako najlepsi tropiciele, aby potwierdzić tą dobrą nowinę. Jesteśmy na skraju puszczy. Nagle na starym ogromnym dębie na wysokości ok. 1,5 metra widzimy zdartą korę. Przyglądamy się jej bliżej i dostrzegamy, że zdarło ją jakieś zwierzę swoim rogiem. Zakładamy, że to jednorożec. W pobliżu drzewa łapiemy trop. Podążamy za nim. Połamane gałęzie krzewów. Gdzieniegdzie zdeptane z gracją kępy traw. Dwie polany dalej znajdujemy kępkę białej sierści. Idziemy dalej. W końcu po kilku godzinach marszu docieramy na skrytą polanę w puszczy. Roztacza się przed nami piękny widok. Stare sędziwe drzewa wiją się wokół skały, po której spływa delikatnie szumiąc czysta woda. Nagle przy wodopoju w ocienionym miejscu za gęstym krzewem dostrzegamy jakiś ruch. Ostrożnie, ale podekscytowani skradamy się żeby zobaczyć, co tam się schowało. Wychodzimy delikatnie stąpając na polanę dbając, aby wiatr wiał nam w twarz… dostrzegamy ledwie jakiś biały kształt.. jest! Och nie to tylko rosły jeleń i 2 młode sarny z białymi znaczeniami.. Smutni i zdenerwowani wracamy do domu. Co myślimy?
W grupie tropicieli wybucha zażarta kłótnia. Ludzie dzielą się na mniejszą pierwszą oraz większą drugą grupę. Twierdzą tak: 
- Pierwsza: nie ma jednorożców, trzeba to sobie powiedzieć, żeby już nie tracić czasu na poszukiwania i cieszyć się dalszym życiem.
- Druga: szkoda, że tym razem się nie udało, ale jak się mogło udać skoro magiczny jednorożec to bardzo skryte stworzenie i prawie nikt go w życiu nie widział oprócz magów.

Powyższy opis przygotowuje nas do refleksji nad relacją wiary i wiedzy.

poniedziałek, 26 września 2011

Parę myśli o 'powołaniu'

Dyskusja nad poprzednim wpisem skłoniła mnie do kilku refleksji nad samą kategorią powołania.

Tematyka ta mogłaby być spokojnie obiektem badań sporej pracy naukowej. Pozwolę sobie jednak na wyrażenie kilku plączących się tez i myśli.

Powołanie mieści w sobie spora dawkę założeń o charakterze ontologicznym i światopoglądowym. Aby uznać coś takiego jak powołanie musimy przyjąć 'tego kto powołuje'. Jeśli nie przyjmujemy jakiegoś wyższego bytu który ukrył w nas cel naszego istnienia który musimy w trakcie poznania samych siebie odsłonić i rozwinąć, poświęcić mu całe nasze życie i w ten sposób osiągnąć szczęście, spełnienie - wówczas na 'powołanie' nie będziemy się godzić. Zostaną nam wtedy słowa prostsze i bliższe codziennego doświadczenia - aspiracje, pragnienia, zdolności. Te trzy słowa w rożnych kombinacjach będą nam wyjaśniać to co w innym układzie wyrazimy poprzez 'powołanie'.

Sama idea powołania wydaje mi się jednak bardzo pożyteczna i praktyczna. Sądzę że widać to w zestawieniu wielkich społeczności współczesnych z małymi wspólnotami czasów koczowniczych i plemiennych. W małej grupie ludzi wykrycie czy ktoś nadaje się na myśliwego, szamana, mamkę, zielarza, naganiacza - nie było specjalnie trudne. Więzi w takiej grupie są głębokie, szybko możemy poznać po czynach danego osobnika czy swoją funkcję wykonuje w sposób rzetelny, uczciwy i skuteczny.

W momencie powiększania się społeczności tracimy to co w małej wspólnocie najcenniejsze. Poczucie bliskości, zrozumienia i bliskiego doświadczenia innych członków grupy. Funkcje o których mówimy są jednak nadal bardzo potrzebne. Społeczność wytwarza więc pośredników którzy oceniają jakość pracy danych osobników. Pewne prace są jednak szczególnie ważne - jak leczenie czy opieka nad potomstwem. Społeczeństwo ustala więc dodatkowo zasady w świetle których ktoś może wykonywać daną funkcję. Musi np.spędzić określoną ilość lat na nauce i zostać pozytywnie ocenionym przez swojego nauczyciela. Wciąż jednak pozostaje sfera utracona po zmianie z małej wspólnoty na wielką grupę społeczną, której nie naprawiają wskazane powyżej reguły. Nie mamy pewności co do intencji znachora, lekarza, nauczyciela. Nie znając go wystarczająco dobrze nie wiemy czy mimo swoich wysokich umiejętności jego cele są inne niż nasze oczekiwania. Znachor może chcieć nas osłabić a nauczyciel wpoić wiarę w obcych bogów. Tutaj zdaje się pojawiać dobre uzasadnienie dla kategorii powołania. Propagując ideę powołania do jakiejś funkcji - a więc nadprzyrodzonych zdolności, umiejętności i cnót do tego aby coś wykonywać - zyskujemy wspólnotę celów działania wykonującego daną funkcję z oczekiwaniami tego kto z niej korzysta. Jeśli znachor czy nauczyciel oprócz wiedzy i umiejętności robią co robią bo mają powołanie, możemy być pewni że chcą tego samego co my. Gwarantuje to idea wspólnoty celów naszego dążenia. Mamy gwarancję że powołany jest 'bliskim nam bratem/siostrą' w wyższych przekonaniach. Dawne poczucie wspólnoty zostaje odtworzone w większej grupie społecznej. Nie jest tym samym, ale zapewnia zaspokojenie podobnych potrzeb - bliskości, zrozumienia, zaufania.

niedziela, 25 września 2011

Powołanie do chciwości?

Zainteresował mnie dziś problem zawodów które są uważane za wymagające szczególnego powołania:
lekarz, ksiądz, pedagog, prawnik
Szczególnie lekarz i pedagog wydają się w tej grupie najbardziej wyraziste.

Sądzę że żyjemy w złudzeniu dawnych idei. Kiedyś bycie lekarzem lub nauczycielem wymagało wielkiego poświęcenia. Zostawał nim ktoś wyjątkowo dobrze wykształcony kto musiał udać się na swoistą misję społeczną. Lekarz lub nauczyciel jechał do odległej wioski mieszkał w ciężkich warunkach, leczył ludzi otrzymując za to marne wynagrodzenie. Często były to jabłka, kury, ser, jaja, kiełbasa etc.

To stało się źródłem problemu 'ochrony zawodu szczególnej użyteczności społecznej'. Ochrona roztaczała się na płaszczyźnie finansowej, kompetencji, prestiżu społecznego.
Dziś wciąż myślimy w kategoriach 'ile powinien zarabiać lekarz' za swą szczególnie ciężką pracę. Jednak życie zmieniło bieg. Medycynę kończą ludzie chcący dobrze zarobić. Każdy chce teraz dobrze zarobić. Dominuje chciwość i pragnienie dobrobytu. Lekarz który zarabia 12 tys zł miesięcznie chce zarabiać 25 tys. Nauczyciel zarabiający 3 tys zł miesięcznie pragnie co najmniej tyle co lekarz.

Powołanie czy szczególna użyteczność to kategorie których już nie ma w tych zawodach, ale możliwe że nigdy ich tam nie było. Cóż miałoby oznaczać to powołanie? W ciężkich czasach znamiona poświęcenia się dla sprawy nie są niczym szczególnym ani szlachetnym a tylko wówczas ta kategoria zdawała się mieć sens.

Skoro mamy problem z nazwaniem powołania w ciężkich czasach, jaki sens ma to zagadnienie dzisiaj w dobie dobrobytu? Propagandowe, marketingowe - oto odpowiedź. Zawód postrzegany w powszechnej świadomości danego społeczeństwa jako 'ten szczególnie pożyteczny i trudny' może liczyć na szczególne przywileje - czyli intratne zarobki - intratne czyli po prostu niewspółmierne do wysiłku.

Nazwijmy więc sprawę prosto - powołanie do chciwości. Oto teza która wymaga dalszej refleksji i uzasadnienia. Wystarczy jednak na dziś że odrzucimy hipokryzję dawnych ideałów.